nie mogę powiedzieć, że jestem osobą zamkniętą na nowości. nie mam zatwardziałych, niezmiennych poglądów. dużo nowych rzeczy akceptuję, na inne po prostu nie zwracam uwagi. są jednak "zjawiska"czy kwestie, w których jestem uparta bardziej niż niejedna osiemdziesięciolatka. niektóre rzeczy nie powinny mieć po prostu prawa bytu, a inne powinny pozostać niezmienne. jedzenie pasztetu (w moim przypadku sojowego) z masłem i noszenie cielistych rajstop do butów z odsłoniętymi palcami - to jedne z przykładów na mojej liście. tak samo niezmienne poglądy miałam na temat butów vans authentic - klasyczny model, w którym powinny zmieniać się tylko kolory i wzory na materiale. koniec kropka. pewnego dnia przeglądając propozycje marki na kolejny sezon, moim oczom ukazał się szkaradny twór - model authentic hi. zastanawiałam się mocno, co mieli projektanci w głowach, dorabiając do klasycznego modelu cholewkę. i kolejna myśl: nigdy w życiu paskudztwa nie założę. tydzień temu trafił jednak w moje ręce wyżej wspomniany model. zatwardziałe poglądy rzucone zostały w kąt, bo okazało się, że rozwiązany but mocno przypomina model sk8-hi i wcale taki straszny nie jest. morał z przypowiastki taki, jaki został wyciągnięty już milion razy: nigdy nie mów nigdy.
tylko deskorolki brakuje. było trzeba się uczyć jeździć.








[both tops - h&m men, jeans - cubus, sneakers - vans authentic hi, bag - ikea]




























