instagram, yo

666 CHAMBERS ON INSTAGRAM

28.10.12

wczoraj warszawa (tak, wiem, że inne polskie miasta też) zamieniła się w śnieżną krainę, w którą powinna się zamieniać dopiero w okolicy 23 grudnia, aby święta wyglądały idealnie, wręcz jak z amerykańskich filmów. na portalach społecznościowych wczorajszy opad atmosferyczny został chyba najczęściej poruszanym tematem. jedni informowali cały świat o tym, jak biało jest na zewnątrz, drudzy starając się trzymać super dystans do świata i podchodzić do tego ironicznie wklejali namiętnie grafikę ze słowami "pada na zewnątrz. updatuję status dla wszystkich znajomych, którzy nie mają własnego okna.". mi cała zaistniała sytuacja przypomina tylko o jednym: mojej wielkiej nienawiści do śniegu w mieście i ogromnej miłości do śniegu w górach. każdy chyba dobrze wie czym jest "miejski" śnieg - piękny puch po pewnym czasie deptania przez setki stóp zmienia się w paskudną breję, która skutecznie zniechęca do wychodzenia. na ulicach robią się wielkie kałuże, buty przemakają, robią się solne zacieki i tak w kółko. wychodząc mam ochotę codziennie zakładać wielki, ciepły sweter, omotać się kominem, na nogi wcisnąć ciepłe i niekoniecznie piękne śniegowce i jak najszybciej znaleźć się w miejscu docelowym. a zima w górach? cudownie biały śnieg, deska pod nogami, czasem piękne słońce i (jakkolwiek patetycznie to nie brzmi) uczucie wolności, kiedy zjeżdża się ze szczytu naprawdę porządnej góry. nawet padający śnieg nie przeszkadza tak bardzo (pod warunkiem, że nie jest śnieżycą), kiedy ma się na nosie wielkie gogle i bandanę. tęsknię za taką zimą bardzo, ale póki co pod koniec października rozpoczynam nierówną walkę z tą "miejską".
z wyżej wymienionych względów i towarzyszącego mi ciągle przeziębienia, zestaw dzisiejszy był zestawem codziennym, ciepłym i wygodnym. mentalnie nie do końca potrafię się przestawić na warunki panujące na zewnątrz.
wiem także, że moro już chyba wszystkim zdążyło się znudzić (a niektórych przyprawia już o mdłości), bo jest prawie w każdym sklepie, na każdym wieszaku. ja zrobiłam do niego jedno z ostatnich podejść, zakładając koszulkę, którą dostałam od bardzo miłych dziewczynek. buty też lekko "militarne". odkurzyłam też stare spodnie z mango, które doczekały się zwężenia.  taki zimowy zwyklak.
o baterii, która padła w aparacie prawie od razu, wspominać nie będę.
post wyszedł dość mocno meteorologiczny. trudno.


yesterday warsaw has turned into land of snow. it should take place somewhere around 23rd of december to make christmas days look perfect - like from these damn american family movies. i guess that snowing was a subject number one on social services yesterday. some people were informing others about this white crap outside, others were trying to stay cool and ironic about it, posting some ecards saying "oh look, it's snowing outside. i'll update my status for all of my friends that don't have a window of their own.". this "snow" situation reminds me only about one thing: how fucking much i hate snow in the city and how much i love it in the mountains. i guess everyone knows what snowing in the city means: beautiful white fluff after being stepped on by few hundred feet, turns into brown, wet crap. and you don't want to go out anymore. floods on the street, shoes soaking water and all that stuff. everytime i go out i wanna wear huge, warm sweaters, cover my neck and head with snood and put warm, not so good looking, snow boots on my feet and get to my destination place as fast as possible. but winter in the mountains is sooooo different. perfectly white snow, snowboard under my feet, sometimes even beautiful sun shining straight in your face. and (yeah, i know it sounds pompous) this damn good feeling of freedom, when you're going down some high, massive mountain. i miss that kind of winter, but for now i've got to start a battle with winter in the city. in october.
and because of this and the fact that i still have got cold, today's set was casual, warm and comfortable. mentally i still believe it's pretty warm autumn.
i also know that everyone are sick of camo, because now it's in every shop hanging everywhere. but i truly like this tee, which was given to me by some damn nice girls. boots are kinda "military" too.
winter casual.
i won't mention the battery in my camera, which died almost instantly after we'd started taking pictures.
this post came out kinda "all about weather". ahh fuck it.











[coat - zara (thrifted), jeans jacket, boots and bag - second hand store, camo tee - gift, jeans - mango (old), beanie and chain - h&m]

14 comments:

  1. Świetna czapka, reszta zestawu taka nijaka-tak szczerze www.adelajdainsp.blogspot.com

    ReplyDelete
    Replies
    1. człowiek chory = człowiek mało kreatywny ;)

      Delete
  2. w takim wydaniu to róż zaakceptuję.

    ReplyDelete
  3. A mi się taki zestaw bardzo podoba :) W Twoim stylu !! :)

    Pozdrawiam!

    ReplyDelete
  4. Naprawdę, podziwiam ludzi którzy chodzą w czapkach. Ja w nich nie potrafię kompletnie wytrzymać ;)

    ReplyDelete
    Replies
    1. haha ja akurat kocham czapki, więc noszę je bardzo często. co w sumie chyba widać :)

      Delete
  5. potwierdza się, że Polacy to meteopaci:)
    pozdrawiam
    ewa

    ReplyDelete
  6. lubie Cie stara! piona!

    ReplyDelete
  7. byłaś wczoraj w Gdańsku? bo chyba widziałam Cię jak wychodziłaś z galerii bałtyckiej :))

    ReplyDelete
  8. ale mega pozytywna czapa! :D dawno ją kupiłaś? ;>

    ReplyDelete

Thanks.
And i'm sorry for the captcha, but no spammers are wanted here.